Przejdź do strony głównej
Facebook
Nasz profil na facebook'u
Kontakt
Kontakt z nami

Biuro Podróży Ruda Śląska
32 244 56 30

 

 

biuro@family-travel.pl

 

ul. Katowicka 26

Ruda Śląska

C.H. Kaufland

Tweet​​​​​Udostępnij na FB​​​​​


Spinalonga – wyspa trędowatych – wyspa ciszy

 

Spinalonga, najsłynniejsza z wysepek wokół Krety, leży kilkaset metrów od lądu u wejścia do zatoki Elounda. Nikt nie zna jej pod urzędową nazwą – Kalidon. Prezentuje się niezwykłe malowniczo dzięki okalającym ją murom obronnym i weneckiej twierdzy na szczycie. Wenecjanie wznieśli fortyfikacje wyspy w 1579 r., wykorzystując kamienie za antycznej twierdzy, na fali uzbrajania wyspy przeciw domniemywanej ekspansji osmańskiej. Kiedy Turcy pokonali Wenecjan w 1669 r., Spinalonga jeszcze przez pół wieku była weneckim azylem. Później jednak została opanowana prze muzułmanów. Po przekazaniu wysepki wraz z całą Kretą Grecji, rząd grecki urządził na niej kolonię trędowatych ( funkcjonującą do 1957 r.). W latach 60. XX w. rozpoczęto prace konserwatorskie na wyspie, mające ocalić wspaniałe budynki twierdzy i imponujące mury.

 

Atmosfera na Spinalondze jest po części makabryczna, a po części sielankowa. Wyludnione uliczki dawnego miasta – twierdzy, opuszczone, na wpół zrujnowane domostwa i magazyny przypominają, że ludzie zarażeni trądem tutaj żyli i umierali, cieszyli się i płakali . W kolonii osiedlono 400 trędowatych z Krety. Mieszkali w niewielkich domkach, mieli warsztaty, sklepiki i tawernę, uczestniczyli w nabożeństwach w greckokatolickim kościele. Na każdego z nich państwo łożyło jedną drachmę dziennie. Zawierali nawet małżeństwa. Jeśli owocem takiego związku było zdrowe dziecko, zabierano je na Kretę i oddawano do wychowania krewnym, lub obcym.

 

Tematykę wyspy trędowatych poruszyła w swojej doskonałej książce o tytule „Wyspa” Victoria Hislop. Tak opisuje ona pierwszy kontakt bohaterki swojej książki ze Spinalongą: „Wysoko na nią ciągnęły się wzdłuż brzegu masywne mury weneckiej fortecy. Jak pokonać tę na pierwszy rzut oka nieprzekraczalną barierę? Dopiero po chwili dostrzegła w zagłębieniu muru wąski, czarny otwór, widniejący niczym skaza na gładkiej kamiennej powierzchni wypłowiałej od słońca. Wkroczyła w czarny wylot tunelu i odkryła że krzywizna korytarza nie pozwala dostrzec jego końca. Ciemny, klaustrofobiczny tunel ciągnął się prze dobrych kilka metrów, ale gdy go w końcu pokonała i rozejrzała się wokół, mrużąc oczy w oślepiającym blasku słońca, stanęła porażona widokiem. Znajdowała się w dole ulicy zabudowanej z obu stron piętrowymi domkami. Kiedyś ta osada wyglądała zapewne jak każda inna na Krecie, lecz teraz opuszczone budynki z wolna chyliły się ku ruinie. Futryny okien wisiały w wyłamanych zawiasach, a poruszane lekkim wiaterkiem okiennice kiwały się i piszczały żałośnie. Ruszyła niepewnie zakurzoną ulicą. Minęła po prawej kościół z masywnymi, rzeźbionymi wrotami, dalej jakiś budynek, sądząc po wielkich oknach parteru, mieszczący dawniej sklep, potem wolno stojący dom większy od innych, z drewnianym balkonem, półkolistym wejściem i resztkami ogrodzonego kamiennym murkiem ogrodu. Wszędzie panowała głęboka, niesamowita cisza.

 

W parterowych pomieszczeniach rosły bujne kępy barwnych, polnych kwiatów, wyżej z szczelin w tynku wyzierały pnącza. Wiszące wciąż na wielu domach tabliczki z numerami uświadomiły, że kiedyś każdy z nich zamieszkiwali jak najbardziej rzeczywiści ludzie. Szła przed siebie jak pogrążona w transie. Wszystko wokół wydawało się dziwnie nierealne, jakby odbywała wędrówkę we śnie. Minęła dom z dużą salą, najwyraźniej mieszczącą kiedyś kawiarnię, potem budynek z szeregiem betonowych basenów, zapewne pralnię. Obok stał trzypiętrowy blok mieszkalny w stylu funkcjonalizmu dwudziestolecia międzywojennego, z balkonami otoczonymi żeliwnymi poręczami. Przez swój ogrom kontrastował zdecydowanie z innymi domkami w miasteczku i dziwnie było pomyśleć, że przed jakimś siedemdziesięciu laty wydawał się zapewne szczytem nowoczesności. Teraz wielkie okna otwierały się na morskie bryzy, a pęki kabli zwisały z sufitów, jak posklejane spaghetti. Miasto się skończyło, a ona szła dalej zarośniętą ścieżką, aż straciła z oczu wszystkie ślady cywilizacji. Znalazła się na wysokim cyplu, zakończonym urwiskiem opadającym pionowo do falującego kilkadziesiąt metrów niżej morza. Zamyśliła się nad strasznym losem trędowatych. Czy zdarzało im się w rozpaczy przychodzić w to miejsce z myślą, by położyć kres swej udręce? Wróciwszy do opuszczonego miasteczka przycupnęła na kamiennym progu i napiła się wody. Wszystko wokół trwało w bezruchu, tylko czasem wśród suchych liści zaścielających podłogi zrujnowanych domów przemknęła z szelestem jaszczurka. Przez otwór w ścianie naprzeciwko zobaczyła domy stojące za wodą w Place. Trudno było wprost wyobrazić sobie udrękę, którą musiała stanowić dla trędowatych bliskość a zarazem niedostępność lądu. Jakie historie mogłyby opowiedzieć mury otaczających ją domów? Na pewno widziały wiele cierpienia. Nie ulegało wątpliwości, że los chorych, odciętych od świata na skalistej wyspie, należał do najgorszych kart, jakie mogło rozdać życie. Poza bólem i rozpaczą umiała dostrzec w ruinach miasteczka również ślady innych uczuć. Gdyby egzystencja mieszkańców Spinalongi była wyłącznie pasmem nieszczęść i cierpień, na cóż byłaby im kawiarnia? Po co budynek, który nie mógł być niczym innym jak ratuszem . Pozostałości miasteczka wskazywały jasno, że nie było to tylko miejsce, gdzie przebywano żeby umrzeć, lecz także siedziba społeczności żywych.”

 

Wrażeń, które się odczuwa podczas wizyty na Spinalondze nie da się opisać lepiej, niż zrobiła to Victoria Hislop. Wejście na teren kolonii faktycznie prowadzi przez długi korytarz, który został pokryty lustrami w których odbijają się nasze oblicza stanowiące symbol tych, którzy tam mieszkali i tam umarli. Pomimo pięknej, słonecznej pogody podczas spaceru po wyspie można poczuć dreszczyk na plecach – szczególnie gdy wejdzie się do ruin byłego szpitala. Panująca tam atmosfera, wiszące na ścianach trójwymiarowe obrazy i płynąca z głośników muzyka stwarza prawdziwy charakter grozy i pokazuje makabryczną stronę tego miejsca. Do każdego napotkanego budynku możemy wejść, w wielu są zorganizowane wystawy starych fotografii. Co krok napotykamy lustra... Na szczycie twierdzy znajdują się łopoczące na wietrze czarne flagi – również symbol mieszkających tu ludzi.

 

Mówi się, że około 60 osób, które mieszkały na Spinalondze żyje do dzisiaj. Przybywają oni 26 lipca, w dzień św. Pantelejmona na wyspę, świętować swoje wyleczenie i wspominać zmarłych przyjaciół. Wtedy to odbywają się na wyspie nocne obchody z pochodniami, a mieszkańcy Plaki pieką chleb, który jest rozdawany wszystkim przybyłym na tę uroczystość, nie tylko byłym mieszkańcom wyspy, ale także zwyczajnym ludziom, zainteresowanym historią wyspy, których tak bardzo ujęła opisana przez Victorię Hislop dramatyczna walka o próbę stworzenia przez trędowatych namiastki normalnego domu w miejscu, które dla wielu wydawało się początkowo dantejskim piekłem.

 

Spinalonga to miejsce, które zdecydowanie trzeba uwzględnić podczas planowania swojej podróży na Kretę.

 




.